Anglisto! Można inaczej... - wywiad z Izabelą Bielańską

Stało się! W mojej głowie urodził się pomysł nowego 'cyklu', w którym chciałabym odbyć parę ciekawych rozmów. Ich celem będzie pokazanie, że bycie anglistą niejedno ma imię. Każdy wywiad będzie historią innego anglisty, który czasami musiał zaryzykować, porzucić coś albo zmienić położenie geograficzne. Czy ta seria się Wam spodoba? Nie wiem, ale bardzo bym chciała żeby tak było ;)



Rozmowa #1

Dziś przedstawię Wam Izę, która razem ze swoim chłopakiem opuściła Polskę aby uczyć angielskiego w … CHINACH! Czy było warto? Jak do tego doszło? Co zrobić aby pójść w ich ślady? Mam nadzieję, że odpowiedzi na te pytania znajdziecie w naszej rozmowie. Zapraszam do lektury 😉

Marta: Może jest to trywialne pytanie, ale dlaczego Chiny? Z wpisu na Waszym blogu (do którego link zostawię tutaj) wynika, że cały ten wyjazd to totalny przypadek.

Izabela: Trochę tak było. Nasz znajomy szukał osób chętnych, na kurs przygotowujący do CPE. Poszliśmy bo każdy papier się przyda. W sumie to planowaliśmy też zrobić certyfikat CELTA. Pewnego dnia na kursie na zastępstwo przyszedł Brytyjczyk, który pracował w Chinach. Zaczął nam opowiadać o pracy w Azji. Na początku chcieliśmy przenieść się do jakiegoś europejskiego kraju, lecz gdy wyjazd do Chin stał się realny, stwierdziliśmy że na wycieczkę po Europie możemy wybrać się samochodem w każdym momencie. Jednak Chiny są już mniej dostępne dlatego od razu zaczęłam szukać informacji o tym jak wyjechać.


Źródło: Prywatne archiwum

M.: Dla osób zainteresowanych tematem zostawiam kolejne dwa linki do Waszego bloga (link 1, link 2), w których odnajdą konkretne informacje o dokumentach jakie są potrzebne czy na co zwracać największą uwagę. W jednym z tych postów wspominasz o dobrych zarobkach, ale czy mieszkając tam da się za te pieniądze przyzwoicie żyć? Na jakie warunki nie możemy się godzić pod żadnym pozorem?

I.: Nie narzekam na pensje jaką otrzymuję. Czy da się za nią wyżyć? Zależy od miasta. Akurat my mieszkamy w mniejszym mieście gdzie nasze zarobki zapewniają nam życie na dobrym poziomie plus możemy sobie co nieco odłożyć. Jeśli chodzi o oferty pracy to trzeba sprawdzić wiele rzeczy zanim podpisze się umowę. Najlepiej mieć kogoś kto ogarnia chiński i będzie w stanie sprawdzić chińską część umowy czy też poszukać informacji o pracodawcy w chińskiej sieci. Jeśli chodzi o to na co zwracać uwagę to oferty poniżej 10 tysięcy juanów (ok. 6,5 tyś. złotych) raczej bym odrzucała. Nie polecam również zgadzania się na przyjazd na wizie turystycznej lub biznesowej. Wiąże się to z dodatkowymi problemami. Warto aby wasz przyszły pracodawca zapewniał Wam mieszkanie. Pytajcie o zdjęcia, bo jeśli nie chcą wam ich wysłać znaczy to że raczej nie mają dla was mieszkania. Nasz pracodawca oprócz wynagrodzenia wysyła nam także pieniądze na mieszkanie, zapewnia lekcje mandaryńskiego oraz różne bonusy. Jeśli chodzi o pracę to ja pracuję przez 30 godzin tygodniowo. 22 godziny to nauczenia, a pozostałe 8 to tzw. non-teaching. Na to pojęcie składają się zarówno lekcje demo, pisanie planów lekcji lub tzw. activities. Warto także pytać jakie grupy mają Wam do zaoferowania. Gdy podczas jednej rozmowy usłyszałam, że moja grupa miałby liczyć 40 osób, od razu podziękowałam. No i warto zwrócić uwagę na to czy szkoła gwarantuje wam podręczniki i materiały. Ściąganie podręczników do Chin na własną rękę może być zarówno czasochłonne jak i dość kosztowne.

M.: Czy trudno obcokrajowcowi dostać pracę w Chinach?

I.: Żeby być nauczycielem języka angielskiego trzeba być native speakerem i/lub posiadać certyfikaty takie jak TESOL/TEFL albo CELTA, ale to wszystko jest bardzo gibkie. Jeśli firmie zależy na tym aby was zatrudnić, to takie rzeczy da się przeskoczyć.

Teoretycznie, w Chinach jako nauczyciel angielskiego możesz pracować tylko będąc native speakerem. Z tego względu niektóre szkoły nie odpowiedziały na nasze CV. Native speaker to jednak prestiż. Podczas jednej rozmowy, zostaliśmy zapytanie czy możemy udawać Kanadyjczyków – szczególnie z imieniem Przemysław... (śmiech). Chińczycy mają hype na białych. Jak jesteś biały to wolno Ci więcej. Native speaker w szkole to jednak prestiż. 

M.: Wyjeżdżając do Chin znaliście język? Czy może Wasz pracodawca wymusił na Was znajomość tego języka?

I.: Jak wyjechaliśmy nie znaliśmy języka. Zaczęliśmy się go uczyć już na miejscu. Znamy go na tyle aby zrobić zakupy, pójść do restauracji czy zrozumieć dzieci w klasie. Jednak bardzo chcielibyśmy mówić biegle po chińsku.

M.: Spotkałam się z mitem, że Azjaci raczej nie są chętni do mówienia po angielsku. A jak jest w rzeczywistości?

I.: Są odważni jak na nich nie patrzysz. Często zaczepiają cię jak już ich miniesz, krzyczą Hello albo Hi i na tym się kończy. Często dzieci są wysyłane żeby porozmawiać z obcokrajowcem, ale takie rozmowy kończą się na „Hello, how are you?”. Jednak matki mogą się już chwalić między sobą, że ich syn/córka rozmawiał z obcokrajowcem.

M. : Jak wyglądają zajęcia w szkole państwowej? 

I.: Uczniowie chodzą do szkoły od poniedziałku do soboty. W soboty spędzają w szkole około 4 godzin. Natomiast w pozostałe dni przychodzą do szkoły na 8.30 i kończą o 20. W szkole odrabiają zadania domowe. Jednak klasy są strasznie duże – do 40 uczniów, a poziom nauczania jest dość niski.

M.: Jakich innych języków Chińczycy uczą się w szkołach lub prywatnie?

Źródło: Prywatne archiwum
I.: Najczęściej jest to niemiecki lub hiszpański. Moi uczniowie bardzo chcieliby się uczyć Japońskiego, czasem dyskutują coś po Chińsku, a kiedy patrzę na nich z udawaną złością to wkręcają, że to Japoński :)


M.: Czy w trakcie zajęć prowadzonych przez Ciebie jesteś w klasie sama z uczniami czy masz nauczyciela wspomagającego (Chińczyka)? Jeśli tak w jakich sytuacjach najczęściej przydaje się jego pomoc?

I.: Nauczyciele wspomagający nie są z nami w sali, ale zawsze są gdzieś w pobliżu. Jak dzieci się biją czy uczeń płacze to zawsze można napisać szybką wiadomość na Wechat i przyjdzie z pomocą. My – tzw. foreign teachers, nie zawsze jesteśmy w stanie rozwiązać problemu bez pomocy Chińczyka. Po każdych zajęciach jest krótka rozmowa z rodzicami podczas której omawiane jest jaki materiał został zrealizowany na zajęciach. Podczas takich rozmów nauczyciel wspomagający jest niezbędny. Jednak często są to osoby, które mają niewiele wspólnego z nauczaniem.

M.: W jednym z wpisów wspominasz o dwulatkach. Czy w Chinach również panuje trend na jak najszybsze rozpoczęcie nauki języka obcego? Jak wyglądają zajęcia z dwulatkami w Chinach?

I.: Mam zajęcia z dwulatkami o godzinie 19 przez 80 minut. Uczę też od samego początku dwulatkę, która jest bardzo zdolna i widać u niej postępy. Chociaż jej babcia uważa, że jej wnuczka nie uczy się wystarczająco szybko. Miałam też styczność z rodzicami czterolatków, którzy twierdzili, że to za wcześnie na zaczynanie nauki języka obcego. Tutaj wszystko zależy od rodziców. Niektóre dzieci mają problemy i nie radzą sobie w grupie. Jest dużo dzieci, które są genialne. Jeden z uczniów naszej szkoły (siedmiolatek), mówi pięknie i płynnie po angielsku, ale zamiast bawić się z rówieśnikami woli czytać książkę od fizyki. Miałam także sytuację w której tato mojej uczennicy poprosił mnie o przeniesienie córki do innej grupy gdzie będzie mogła być najlepsza. Tato jest mówcą motywacyjnym i wychowuje swoje dziecko na lidera. W obecnej grupie jest dziewczynka lepsza od jego córki, więc nie może być liderem. Takie sytuacje pokazują jak duża jest presja społeczna.                Oczywiście oprócz nauczania języka nauczyciel musi się skupić na  wypracowaniu pewnych zachowań społecznych. Ze względu na długo utrzymywaną politykę jednego dziecka, dużo dzieci jest rozpieszczonych i samolubnych.
     Mam też uczniów i rodziców, za którymi będę tęsknić kiedy wyjadę. Jeden z chłopców, których uczyłam został przeniesiony do innej grupy, ale zawsze po zajęciach przybiega pokazać mi co zrobił i powiedzieć czego się nauczył. Uczę też dwie dziewczynki, które uwielbiam. Wendy ma około 2,5 roku, w każdy poniedziałek przed lekcja przybiega i krzyczy „Teacher I missed you”. Druga to Sissi, która podczas 10 minutowej przerwy nie opuszcza mnie na krok. Ciągle się przytula i chce rozmawiać po angielsku.
      Pokazuje to jak bardzo zróżnicowane mam tu społeczeństwo.



Źródło: Prywatne archiwum

M.: Czy mogłabyś przedstawić plusy i minusy Waszego wyjazdu? Czy z perspektywy czasu zdecydowałbyś się na niego jeszcze raz?

I.: Tak. Do plusów zdecydowanie zalicza się  możliwość obejrzenia tego kraju od kuchni. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że zdecydowaliśmy się na ten wyjazd. Na wycieczce zorganizowanej nie zobaczysz prawdziwych Chin. Lubimy podróżować, a wszystkie kraje, które byłby trudno dostępne i drogie są dla nas w zasięgu ręki. Mamy też wielu znajomych z różnych krajów. Przez różnice kulturowe między nami a Chińczykami spędzamy ze sobą dużo czasu i stajemy się taką małą rodziną. Plusem są również - nie ukrywajmy - zarobki oraz niskie koszty życia. Natomiast z drugiej strony bardzo brakuje nam naszych bliskich. Oprócz tego bardzo denerwuje mnie fakt, że wszyscy się gapią i komentują. Nieważne czy wyjdzie się w dresie czy w najlepszej sukience i tak ktoś będzie Cię obgadywał. Chińczycy wychodzą z założenia, że jako obcokrajowcy nie rozumiecie tego co mówią, a nie zawsze tak jest. I tutaj pojawia się taka niezgodność. Oni w jakimś stopniu oczekują, że ich zrozumiesz ale jak już im odpowiesz to są bardzo zdziwieni, że zrozumiałeś i odpowiedziałeś.  Jeśli chodzi o jedzenie to najbardziej brakuje nam sera żółtego i masła, które są tutaj bardzo drogie. Nie można też nigdzie dostać śmietany. Myślę, że minusem  jest również propaganda. Nas to nie dotyka, ale czasem po rozmowie z Chińczykiem zastanawiasz się jak można tak myśleć lub tak żyć. 
        Jednak jest to przygoda, którą polecam każdemu i gdybym miała stanąć przed tym wyborem jeszcze raz to bez wahania podjęłabym taką samą decyzję jak ponad rok temu!


Chciałabym bardzo gorąco podziękować Izie za tę ponad dwugodzinną rozmowę, która przerodziła się w ten tekst. Mam nadzieję, że przebrnęliście przez ten tekst i dowiedzieliście się czegoś ciekawego. Jestem ciekawa ilu z Was pójdzie w ślady Izy? 

Po więcej zdjęć i ciekawostek z pięknych Chin (i nie tylko) możecie się udać na facebooka Językiem po mapie oraz Instagrama.

Pozdrawiam,
m.

Komentarze

  1. Ciekawy wywiad! Zaglądnęłam na profil na instagramie, rzeczywiście piękne! <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieci są w szkole od 8 do 20stej? Czy to możliwe? Czy jakaś pomyłka?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to pomyłka. Mają oczywiście przerwę na lunch, odrabiają w szkole lekcje.

      Usuń
  3. Bardzo interesujący post, dowiedziałam się z niego wielu nowych rzeczy. Ale ten system w Chinach mnie przeraża - nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko spędzało w szkole aż tyle godzin. A gdzie zabawa i beztroskie dzieciństwo? Dochodzę do wniosku, że polska szkoła jednak nie jest aż taka najgorsza...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty